Bloog Wirtualna Polska
Są 937 673 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Pani M. i styk

niedziela, 06 maja 2012 9:51

Pan M. od rana przechadzał się po kuchni paradnym krokiem,  podśpiewując radośnie pod nosem „Koko koko Euro spoko”…

Pani M. martwiła się.

- Czym się tak martwisz? – zapytał pan M., przystając na chwilę.

- Weekend się kończy –  wykręcała się. – A poza tym, co ty wyprawiasz – postanowiła iść na całość – przecież analiza tekstu tego narodowego hymnu na Euro wskazuje na to, że…

- Na co? – pan M. zatrzymał się nagle i jakby zdrętwiał.

- Że ci, którzy go wybrali, uważają kibiców za debili, a przecież nie wszyscy nimi są. Na przykład ty, chociaż nieraz wątpię…

- Analiza, analiza! – obruszył się pan M. – Po prostu był najlepszy! Słuchałem wszystkich. Poza tym jest tam głęboka metafora. Taka ukryta  sugestia, że nasza drużyna jest jak kura, która zniesie złote jajko…

- Czyli medal? – zapytała z niedowierzaniem.  – Złoty?

- A co?! – zdenerwował się pan M.

- Przecież to faceci. Mogliby chociaż udawać koguty i śpiewać: „Kukuryku! Euro na Polski i Ukrainy styku!”

- To dopiero głupie! Na styku?

- No na styku kultur, granic, Europy Środkowej i Wschodniej, na boiskach, gdzie dochodzi do największej styczności. Nawet osobistej, gdy zawodnicy się zderzą.

- A tam, czepiasz się. A jutro dojdzie do styku sądu i byłego wiceburmistrza promilowego… - zatarł ręce – „Koko koko burmistrz spoko”… - zaintonował radośnie i ruszył paradnym krokiem w przerwany marsz. – Widzisz! Jest energetyczny, dynamiczny, łatwo wpada w ucho, no i etno! Nawiązuje do logo mistrzostw.

Pani M. zmartwiła się jeszcze bardziej. No bo jak w razie przegranej (odpukać!) połączyć to energetyczne „Koko” z nieoficjalnym hymnem o raczej smętnej wymowie:  „Polacy nic się nie stało”…  I skąd wziąć pióra, by pan M. mógł je sobie zamontować w okolicy kupra. I jak wtedy usiądzie przed telewizorem?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331069917,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i zdrowie

niedziela, 22 kwietnia 2012 18:16

- Może pójdziemy na spacer, będziemy trzymać się za ręce i śpiewać? – zapytał pan M.

- Kiedy? – przestraszyła się pani M.

- Kiedyś!

- No to mi ulżyło -  odetchnęła.

- Dlaczego?

- Bo po pierwsze nie znamy żadnych piosenek. Chyba że chciałbyś śpiewać  „Sto lat”…

- Mało marszowe, ale przecież ”śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…”, bo liczyć to już raczej nie…

- U nas w gminie można. „Liczyć każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”…

- Wyszło, że nawet gorzej albo całkiem źle też można.

- W gronie doradców burmistrza chyba zawrzało. Słupki w sprawozdaniu z wykonania budżetu nie zgadzają się ani w pionie, ani w poziomie… Są w nich zwykłe błędy arytmetyczne…

- A kto by się tam w tym połapał… Zabrakło skarbnika, bo zachorował, i znowu obciach na całe województwo… Korekta sprawozdania to kilkanaście poprawek i wszystkie zostały przesłane do RIO, w ślad za błędnym sprawozdaniem. Koń by się uśmiał.

- A co na to grono doradców i pełnomocników? Może  trzeba je poszerzyć o jeszcze jednego i uposażyć odpowiednio, żeby wspomógł w potrzebie, takiego, który nie będzie liczyć tylko w promilach? A czy któryś z obecnych nie miał przypadkiem być skarbnikiem?

- Miał i to całkiem nie przypadkiem… Ale chyba tak jak ja zatrzasnął drzwi do matematyki od razu po maturze. Tak jak ta kasjerka, która, gdy popsuła się kasa, nie potrafiła przypomnieć sobie, ile jest sześć razy osiem… i obie z zażenowania chichotałyśmy jak, nie przymierzając, idiotki… Myślałam, że są już jakieś programy komputerowe na taki budżet czy sprawozdanie z niego. Ale chyba nie ma, bo skoro tak się spieszyli, to pewnie skorzystaliby  z dobrodziejstw techniki.  I jeszcze dwa tygodnie się spóźnili?

- A po drugie?

- Co po drugie?

- Dlaczego ci ulżyło z tym spacerem?

- No wiesz… - kręciła pani M. - Niezdrowo.  Zdrowy spacer to teraz tylko z kijkami. Pół Milicza już tak chodzi. A ty tak passe… za ręce… 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331040333,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i mięta

czwartek, 12 kwietnia 2012 18:29

   Jako zdiagnozowana meteopatka pani M. bardzo źle reagowała na zmiany pogody. Huśtawka nastrojów była coraz większa ostatnio, gdy wojna wiosny z zimą jakoś jakby się nasiliła. I nieodmiennie wprawiała w zdumienie pana M., zwłaszcza, gdy pogoda zmieniała się kilkakrotnie w ciągu dnia i pani M. była nagle jak gradowa chmura, a po chwili ociekała lukrem niczym baba wielkanocna…

- Bo to wiadomo, jakie buty założyć… – mówiła pani M., ponuro patrząc w okno.

- Wygodne – podpowiadał nieśmiało pan M.

- Łatwo ci mówić! – pani M. robiła w myślach przegląd obuwia i tylko jedna (słownie: jedna!) para spełniała to kryterium. Nie potrafiła jednak zwierzyć się z tego mężowi, bo, wiadomo, nie zrozumie.

- Jakie ty masz problemy, kobieto, tylko pozazdrościć! Zobacz lepiej, czym żyje świat, czyli Milicz!

   Pani M. chwilowo nie była zainteresowana, ale pan M. nie ustępował:

- Gazeta wydawana z naruszeniem prawa…

- Bardzo ostrożne stwierdzenie… - gasiła pana M. – Pewnie przejdzie do podziemia, drugiego obiegu, konspiracji… Będzie ją można nabyć spod lady po podaniu hasła, bo chyba nikt nie zamierza z niej rezygnować.

- O, na pewno! Hasło: „Najlepsze gazety są na placu Korfantego”…

- Odzew: „Zuzanna, a może Edyta, lubi je tylko kadencję” – błysnęła niezbyt poradnie pani M.

- Zakład Usług Komunalnych nie będzie zbierał śmieci,  bo pada…

- Co, deszcz?

- Zakład pada! Mamy wybrać jakiś inny, między innymi z Krapkowic…

- Ach, Krapkowice! – rozmarzyła się pani M. - Byłam tam kiedyś z koleżanką po buty… W komunie  – dodała uprzejmie, uprzedzając jego pytanie.

- Czy ty masz coś innego w głowie oprócz butów?! – zdenerwował się pan M. – Już widzę, jak w zaspy i śnieżyce śmieciara z Krapkowic pędziła będzie do Milicza, żeby zabrać śmieci… Przecież to za Opolem!

   Pani M. nie odpowiedziała. Zastanawiała się właśnie, jak wyjść na miasto w najwygodniejszych swoich butach. Klapkach ogrodowych z IKEA. Co prawda miały już rok, no i nie były w trendowym miętowym kolorze albo chociażby nude, ale… tak je kochała… 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331019350,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i spektakl

niedziela, 25 marca 2012 19:48

- Demoniczna, wyniosła, tragiczna, groteskowa, czuła ponad miarę,  czasem gudziu-budziu po prostu… No i ta pieta na koniec. Szamanka. Odlot.

- O czym mówisz? – pan M. popatrzył na nią zdumiony.

- O naszej Małgosi, a właściwie jej kreacji w „Matce Gyubala Wahazara”.

- Ach, rzeczywiście, perła! – zamyślił się  na chwilę.  - A zobacz, co jest na pierwszej stronie propagandówki. Takie zdjęcie radnej, że nóż w kieszeni się otwiera.

- Widziałam. Specjalista od czarnego PR-u czujny i sumienny do bólu. Tylko nie przewidział, jakie emocje może wywołać to zdjęcie. Bo moim zdaniem jest piękne. Bo kobieta jest fantastyczna. Ta i w ogóle wszystkie.

- Że o sobie nie wspomnisz? – mrugnął porozumiewawczo. - Tylko nie każda ma tyle odwagi…

- Może w sytuacji takiego napięcia emocjonalnego jak na tej sesji, podczas której burmistrz z uporem godnym lepszej sprawy znowu forsuje swoje budżetowe pomysły, obracając wniwecz wcześniejsze ustalenia, każda wpadłaby w szał. A ten dodaje odwagi. Tym bardziej, że burmistrz złamał przewidziany statutem termin i przedłożył to wszystko zbyt późno, by radni mogli się ustosunkować…

- Weź ty się już zresetuj – westchnął - Nie można ciągle tak się napędzać i nakręcać… Słońce wyszło, chodźmy na spacer, poszukamy wiosny czy czegoś takiego.

- Sam się zresetuj! Muszę dokończyć obiad, mój ty…Wasza Jedyność… Poza tym w artykule, przynajmniej w internetowym wydaniu, nie przywołano ani jednego słowa radnej, więc to zdjęcie naprawdę ni z gruszki, ni z pietruszki. Tak tylko, żeby nonszalancko przykopać… Że niby pyskuje, bo tak zaczyna się artykuł…

- No i jakie pole dla wyobraźni! Można snuć domysły, co mówi z taką  miną… Na przykład :”Będziesz w końcu jadł ten obiad?!” Albo: ”Zaczniesz się w końcu odchudzać?!”

- Moim zdaniem wygląda to raczej na: „Zaraz ci przypier…!!!”

- Masz jakieś złe doświadczenia?- pani M. współczująco pokiwała głową. - Większość pewnie tak pomyśli. Jak to straszni radni strasznie atakują biednego burmistrza… Ale sama się zagotowałam, jak zobaczyłam relację z tej sesji. I bardzo żałuję, że nie było ciągu dalszego… Ekscytujące jak spektakl, bo i trochę poezji… bajkę Krasickiego ktoś wplótł… i dramatyczne próby zwrócenia na siebie uwagi jednego z radnych… i cios pięścią w stół…

- Święty straciłby panowanie nad sobą! A kobiety nieświęte. Demoniczne, wyniosłe, groteskowe, szamanki, czułe ponad miarę… I kruche…

- Miło, że zauważyłeś. – pani M. dygnęła jak dziewczę (marzące o białych kwiatach, chciałoby się dodać). - Kiedy doznałeś tego oświecenia?

- Małgosia jako matka Gyubala mi powiedziała. Nasza Małgosia. Wczoraj.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330964430,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pani M. i konsekwencje

sobota, 24 marca 2012 9:21

- Kolejna spektakularna akcja naszych antyterrorystów w Katowicach potwierdziła słuszność powiedzenia „do trzech razy sztuka” - stwierdził sarkastycznie pan M. - Tylko sobie wyobraź, że wpadają tutaj, wybijają ci ząb, wcześniej taranują drzwi... - mówił podekscytowany, a ona chichotała. - Nie sztuka się teraz zaśmiewać. Pomyśl o poszkodowanych ludziach i spustoszeniu, jakie policjanci zostawili w dwóch mieszkaniach, zanim ujęli sprawcę w trzecim!

- To śmiech przez łzy. Myślę cały czas! I o konsekwencjach, jakie poniosą. Mam nadzieję, że będą dotkliwe i bolesne.

- Konsekwencje zwykle takie bywają.

- Konsekwencje nieprzyjęcia budżetu przez radnych też są dotkliwe, dotykają już nawet dzieci i młodzież. Konkurs walentynkowej piosenki został odwołany z powodu braku kasy, a jako powód podano właśnie cięcia budżetu przez radnych. Niektórzy mówią o ”winie Tuska”, a w Miliczu dodatkowo o „winie radnych”...

- Nie wspominając już o Dniach Milicza czy Alei Gwiazd, których latoś ponoć nie będzie. Tu konsekwencje poniesiemy wszyscy. A radni będą chodzić z pozapadanymi piersiami od tego ciągłego walenia się w nie i mówienia „moja wina, moja wina”... Niektórzy by tak chcieli.

- No na pewno sporo osób będzie zawiedzionych, że nie zobaczy na żywo jakiegoś czasem bardzo zblazowanego artysty lub majtek np. Dody, jak dwa lata temu..., zresztą widzieliśmy już jej gołą pupę, więc majtki to żadna rewelacja! Ale za to wszyscy mamy pożądany i wyczekiwany niecierpliwie co tydzień „Tygodnik Milicki” Coś za coś! Konsekwencją rezygnacji z propagandówki mogłaby chyba być któraś z tych imprez, a może nawet dwie!

- A którą byś wolał? - zapytała, ale pan M. nie odpowiedział. - Słyszałam plotkę, że zakres obowiązków dyrektorów szkół podległych gminie poszerzył się o obligatoryjne pisanie do tej propagandówki... relacji z konkursów, które odbywają się w ich szkołach! Jednak trudno mi w to jakoś uwierzyć... No ale w konsekwencji dostają chyba za to wierszówkę, więc może im się opłaca? Jeśli to prawda... 

- Wczoraj, kiedy podsunęłaś mi poradnik „Jak skutecznie schudnąć w sześć tygodni”, poczułem taką rozpacz i głód po przeczytaniu menu tylko jednego dnia diety, że wychłeptałem chochlą resztę zupy z obiadu... Co ty ze mną wyprawiasz!

- Czyli że moja wina! - pani M. doskonale wiedziała, że pan M. i tak wychłeptałby tę zupę, ale udawała głupią.

- A czyja? Widzisz tu jeszcze kogoś? Może radnych? - pan M. teatralnie rozejrzał się wokół. Pani M. bezwiednie też się rozejrzała.

- No nie! - powiedziała zgodnie z prawdą. - No to przepraszam... I faktycznie... nie widzę też ciebie, jak wyciskasz sok ze świeżego granata, żeby wypić go na śniadanie... Albo jak na kolację zjadasz dwie suszone śliwki i kilka orzechów. Racja, moja wina – pani M. skruszona pokiwała głową, chociaż podskórnie czuła, że ziarnko niepokoju zostało zasiane... Ale czy w konsekwencji się przyjmie?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330958515,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pani M. i szaleństwo

niedziela, 18 marca 2012 9:15

- Nie masz czasem ochoty zrobić czegoś zupełnie szalonego?

- Niby czego? – pan M. nie odrywał wzroku od ekranu telewizora.

- Na przykład wyłączyć telewizor i porozmawiać ze mną? Albo zrobić sobie maseczkę z ogórków? Albo podczepić się pod latawca i na desce pomknąć po falach mórz i oceanów?

- O tak! Zwłaszcza marzę o tym ostatnim... Jak ten Lisiecki z Gdańska.

- Pomyśl, że po drodze zaatakowałyby cię rekiny...

- Tak, ale co z tego. Dałbym im radę! Jak on! - wypiął dumnie pierś - A ty w ogóle dobrze się czujesz? - zatroskał się nagle pan M.

- Tak się czuję, jak wyglądam – wzruszyła ramionami.

   Pan M. spojrzał na nią uważnie.

- No to współczuję.

   Pani M. wpadła w udawaną rozpacz:

- No, to jak żyć? Jak teraz żyć?! - jęknęła histerycznie.

- Lepiej pomyśl, jak ma żyć teraz skarbnik, skoro burmistrz go nie chce.

- No ale radni go chcą.

- Ale pracuje z burmistrzem, a nie z nimi. Pewnie przemyka teraz jak trusia korytarzami urzędu, bo boi się, by go nie spotkać twarzą w twarz... Czasami schowa się za kimś, czasem przeczeka za słupem... Albo przejdzie bokiem...

- To tam są słupy? W którym miejscu, bo nie przypominam sobie?

- Ty jak zwykle skupiasz się na drugim planie! Tak mi się powiedziało! Komuś to wyjdzie bokiem... Najpewniej nam, mieszkańcom.

- Aha – pani M. była nieco zdezorientowana.

   Pan M. zrobił kilka dziwnych min, które nie zrobiły na niej wrażenia. No bo gdzie niby te słupy?myślała intensywnie, usiłując sobie przypomnieć...

- No, nieważne. Jest sobotni wieczór, może razem zrobimy coś szalonego? - zaproponował pan M. - Najatrakcyjniejszą pozycją... wydaje się... - pan M. zaczął wertować program telewizyjny.

   Tym razem ona zrobiła kilka dziwnych min...

- Filmową, żeby nie było niejasności – dodał, podnosząc wzrok znad gazety.

- Uff! Ulżyło mi, bo już myślałam, że chodzi ci o jakiś program publicystyczny... Będziesz patrzył czy paczał​?

- Razem będziemy paczeć!



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330939127,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pani M. i ministra

czwartek, 08 marca 2012 16:06

   Pani M. miała umowę z „Lustereczkiem, powiedz przecie...” Nie pytała, a ono nie robiło do niej min i nie wydawało z siebie przeciągłych, podszytych smutkiem jęków: „Nie ty, nie ty...” Trudno byłoby się z nim nie zgodzić, zwłaszcza dzisiejszego ranka. Może zresztą i każdego... Wory pod oczami takie, że gdyby przekraczała jakąś istniejącą jeszcze granicę, musiałaby je oddać do oclenia, siny odcień cery, kłąb czegoś na głowie. Jakby brała udział w nocnym karnawale z RIO, który mimo postu trwa w naszym miasteczku po ustaleniach kolegium orzekającego we Wrocławiu. Na zachowaniu burmistrza wobec budżetu RIO nie zostawiło suchej nitki i przyznało rację radnym, więc... RIO! Karnawał! Smutki precz!

   Wszystko do wymiany, skonstatowała pani M., patrząc rozważnie i mało romantycznie w lustro w łazience. I gdy tak trwała, kontemplując „cały ten brak”, doszedł ją odgłos zbliżających się kroków jej ulubionego ostatnio, czyli jakieś ponad dwadzieścia lat, pana M. Ach, ta chemia!

- Zajęte! - krzyknęła i usłyszała tylko pomruki niezadowolenia i oddalające się człapanie, szuranie, pod nosem zrzędzenie, sapanie, prychanie... Już widziała te oczy wzniesione do nieba i kręcenie głową... - Postaw wodę na kawę! I zrób kanapkę! - energicznie, choć bez przekonania, wydała pierwsze dzisiejszego dnia dyspozycje.

   Po półgodzinnym pobycie w domowym SPA, wychynęła z niego jak nowo narodzona. Tak się zresztą przecież tylko mówi.

- Nareszcie! - pan M. jakby stał w blokach startowych, bo na jej widok szybko ruszył do łazienki. - Kawa w kuchni! I kanapka! - krzyknął w przelocie.

   Szkoda, że nie mogę po prostu leżeć i pachnieć, tylko do prawie 67. roku życia ganiać do roboty... Kiedyś mówiło się też „zrobię się na bóstwo”, cokolwiek to zresztą znaczyło, a teraz tylko „doprowadzę się do wyglądu”. Ot, znak czasu... A co będzie później?... myślała, z determinacją nakładając gładź, susząc włosy, oklepując worki, malując oczy. Gotowe. Co znaczy, że nic więcej nie da się zrobić... I to wszystko tuż po siódmej!

- Fiu, fiu! - zagwizdał na jej widok pan M., a ona tylko wzruszyła ramionami. - Jesteś jak wino, im starsza...

- Dobra, dobra! Daruj sobie te od rana pochlebstwa w Dniu Kobiet – przerwała. - I nie musisz wypominać mi wieku akurat dzisiaj! - podkreśliła. - Brak mi... - udawała, ze się zastanawia - nowych butów, kremu pod oczy, perfum! Wszystkiego! - dobiła go, przynajmniej taka miała nadzieję. - Nie wykpisz się tak łatwo tanim komplementem!

   Na odpowiedź nawet nie musiała czekać. Widziała ją w wyobraźni. Zaraz usłyszy wzdychanie, prychanie, sapanie, oczy wzniosą się do nieba, a głowa pokręci się z niedowierzaniem... że taka z niej ministra... czy tam megiera. W końcu znała pana M. jak zły szeląg. Niejedną beczkę soli z i nim zjadła. Chemicznej.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330911595,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i łuski

poniedziałek, 27 lutego 2012 20:18

- Co tak dziwnie wyglądasz?

- Bo myślę - pani M. zastygała co chwilę, ale tylko na chwilę. Można by powiedzieć, że... zresztą, kogo to obchodzi? - Kogo to obchodzi? - powiedziała niemal sentencjonalnie, pamiętając, jak ta fraza przetoczyła się przez ich życie parę lat temu, siejąc spustoszenie w języku i „wogle”, jak to mówią niektórzy pociesznie. Sama zastanawiała się, skąd to otępienie czy raczej przygnębienie. Bo chyba nie po informacji, że pensja jednej z wieloletnich urzędniczek została obniżona do 1 600...

- Aha, myślisz... - uśmiechnął się pod wąsem pan M. - No, mnie obchodzi – zreflektował się. - A o czym?

- Pracowała solidnie na swoją pozycję całe życie. W uznaniu za pracę podnoszono jej pensję i nagle, tak nagle? Przeskrobała coś? Czy za część jej uposażenia będzie wydawana ta kość niezgody – propagandówka? A co z jej emeryturą?

- Nie, no trochę na matematyce to się chyba znasz! Wiadomo, że będzie niższa... Można się chyba poczuć, jakby dostało się gołą d... w pysk!

- A zobacz, ile „sympatii” taka decyzja wzbudza... I dozgonną „wdzięczność”...

- No, ale to mieszkańcy wyrazili zgodę na takie posunięcia... na wyborach

- Wątpię. Raczej nie mieli świadomości, do czego można się posunąć, usprawiedliwiając to „namaszczeniem” wyborców... Otwierać kolejne pola konfliktów... Destrukcja, demolka, destabilizacja. Śladowe poparcie wśród radnych, atmosfera w urzędzie gęsta od strachu, nie wiadomo tylko, jak główny destruktor to wytrzymuje.

- Kogo to obchodzi?! Jak tyle piwa nawarzył...

- No, ale jaki w tym sens?

- Popatrz perspektywicznie...

- Popatrzyłam. Też nie widzę. Może masz rację. Kogo to obchodzi... Poza tym nie zamierzam dłużej partycypować w tej smętnej rozmowie. Jest taki wiersz Kaczmarskiego dedykowany Wojciechowi Młynarskiemu „Piosenka o szeleście”. Słychać w nim szelest pielgrzymującej po łące mgły i szelest spadających z oczu łusek. Teraz o tym myślę. Jest cisza... i spadają w nią łuski z oczu.

- Czyje?

- Wyborców!

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330882007,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i okazja

piątek, 17 lutego 2012 22:59

- Stadion Narodowy zamknięty z powodu otwarcia, a sprawa propagandówki otwarta mimo pozornego zamknięcia – powiedziała pani M. do męża usiłującego otworzyć garaż. - A nasz garaż zamknięty, bo urwała mu się klamka. - To przez mróz? - dopytywała się niezrażona jego minami. - Bo chyba nie przeze mnie.

- Nieważne – burknął pan M., a ona od razu poczuła się winna. - Idę po kombinerki.

- Pokombinowali, pokombinowali i już wiedzą, jak wydawać za nasze pieniądze gazetę – powiedziała, gdy wrócił. - Ubaw po pachy. Jedno, co warto, to uśmiać się warto. Jeszcze będą wciskać, jakby tu był jakiś ciemny lud, że to dla dobra demokracji.

- Myślałem, że upić... - pan M. majstrował przy miejscu po klamce.

- Co upić?

- No, upić się warto...

- To zawsze warto. Ale czy ty w ogóle mnie słuchasz?

- Jak mogę cię słuchać i kombinować? Wymyśl lepiej, jak to otworzyć.

- Może drutem? Pilniczkiem do paznokci? Spinką? Na filmach ostatecznym sposobem jest jakiś ładunek wybuchowy, ale raczej nie mamy...

Pan M. otarł pot z czoła.

- Przecież klucz i zamek jest. Ładunek to raczej gdzieś indziej... - wycedził przez zęby, bo trzymał w nich jakiś drucik.

- Nie bądź taki dramatyczny! Przeżyjemy jak i inne bzdury...

- Zaproponować niezależnej gazecie takie warunki, to tak jakby zaproponować jej, by była... kurtyzaną, mówiąc delikatnie.

- Też podoba mi się to „zapytanie ofertowe” niepodlegające negocjacji. To wyższa szkoła jazdy! Żeby nawet na kształt czcionki chcieć mieć wpływ, na pierwszą i ostatnią stronę. Wyłączono tylko od ingerencji burmistrza stronę relaksową i felietonową... Jakiś absurd!

- Czekaj, chyba... otwarty! - pan M. odetchnął z ulgą.

Pani M. też odetchnęła.

- Poszło lepiej niż ze stadionem!

- Na pocieszenie mamy wyrok przywracający do pracy nauczyciela Technikum Leśnego. Sprawiedliwość nierychliwa, ale... zapomniałem, co dalej. No to chodźmy!

- Gdzie? Chyba jedźmy, skoro samochód uwolniony...

- Gdzie? Gdzie? - przedrzeźniał ją. - Upić się warto! Sama mówiłaś. Tym bardziej, że jest okazja!

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330851117,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i dodatek

niedziela, 12 lutego 2012 17:13

    Bezpłatnymi dodatkami piekło jest wybrukowane. Pani M. była tego niemal pewna. Parasol, dodatek do czasopisma dla pań, rozłożyć dał się tylko raz, za drugim drut mało nie wydziobał jej oka. Płyta z filmem okazała się tylko pustą płytę, choć była dodatkiem do „Wyborczej”. Przyrząd do wycinania włosów z nosa, bonus za kupienie jakiegoś sprzętu AGD, od razu zaczął je wyszarpywać, więc od razu trafił do kosza po celnym rzucie niezrównanego pana M.

- Człowiek zawsze się połakomi na jakiś darmowy kąsek. A przecież wiadomo, że nie ma nic za darmo.

- Gdybym nie widział, jak błysnęły ci oczy, kiedy jakiś sprytny akwizytor oczarował cię, gdy nieopatrznie zostałaś sama w samochodzie na parkingu pod Biedronką, to nie uwierzyłbym, żeś taka... - pan M. zbyt długo i nieco teatralnie szukał odpowiedniego słowa – naiwna. – Znalazł je w końcu i aż zaśmiał się z radości, a pani M. na to wspomnienie poczerwieniała nerwowo.

- Oj tam, oj tam! Kończył na pewno jakieś studia robienia ludzi w trąbkę czy w coś bardziej lub mniej podobnego… No i te jego czarne oczy... plus, oczywiście, maniery… - rozmarzyła się pani M. - Ty wiesz, że on mnie cmoknął w rękę?!

- Którą wystawiłaś w rękawiczce przez okno samochodu? To znaczy naszej limuzyny? Ładne... Ale się dałaś nabrać… ”Ten wąsik, ach ten wąsik, ten wzrok, ten lok, ten..." - zanucił w przypływie (jak domniemała) zazdrości pan M.

- „Pląsik„ - podpowiedziała zrezygnowana. - W samą porę przybyłeś z odsieczą, bo zostałabym z jakimiś beznadziejnymi perfumami, z bezpłatnym dodatkiem kolejnych i pustką w portfelu, bo nagle okazało się, że ten bonusik bezpłatny, ale pod warunkiem, że zapłacę 80 zł. Spuśćmy na to zasłonę milczenia... Nie wiem, co mnie opętało... Podobno, jeśli głupoty nie można zwalczyć rozumem, to trzeba ją załatwić śmiechem... Ale nawet śmiać mi się z tego nie chce... A ten dodatek do propagandówki, wydany za nasze pieniądze i rozdany bezpłatnie to właściwie początek nowej wojenki? Czy ciąg dalszy starej? - zmieniła dyplomatycznie temat.

- Może... - zawahał się pan M. - Albo taki tylko prztyczek w nos radnym, żeby dotarło do nich: „Nie chcecie dawać kasy na gazetę, to będę ją rozdawał bezpłatnie, a wcześniej i tak drukował za wasze, czyli pieniądze podatników i finał. To dla dobra społeczeństwa. Nic wam do tego.”

- To tak może być? - zdumiała się pani M. - Nikt nie ma na to wpływu? A społeczeństwo? Doceniło to? Na przykład ty? Cieszysz się, że jesteśmy tacy bogaci, żeby sponsorować już nie tylko gazetę, ale i bezpłatne dodatki? Ja wolałabym na coś innego przeznaczyć moje pieniądze. Na przykład rozdać za darmo potrzebującym zupę z wkładką albo walonki, bo mróz i śnieg.

- Jako dodatek do propagandówki?

Pani M. westchnęła i dolała sobie mleka do kawy. A co? Też może być raz „na bogato”. Taki dodatek. I też za zupełną darmochę. I też dla dobra społeczeństwa. Ale czy ono to doceni?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330836862,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pani M. i Baba

środa, 08 lutego 2012 19:12

    Z filmu Kolendy-Zaleskiej pani M. zapamiętała najbardziej kadr, gdy krucha i filigranowa Szymborska stoi pod sklepem z napisem BABA i pokazuje na napis i na siebie. Baba nieodmiennie kojarzy się z witalnością, siłą, rzepą-krzepą i nijak nie pasuje do tej drobnej postaci, która w jednym z wierszy napisała o sobie "moje znaki szczególne: zachwyt i rozpacz". Baba to również bohaterka absurdalnych dowcipów z serii: „Przychodzi baba do lekarza” i wygaduje głupoty, jakby miała nieustanny zespół otępienny. Baba przaśna, prosta, głupia. Można ją omamić, wykpić, porzucić. Baba, która swoje wie i choćby się paliło czy waliło, zaprogramowana jest na odprawianie zwykłego rutuału ku chwale codzienności, czyli gotowania, sprzątania, krzątania się, prania i układania czy przytulania. W wierszach Szymborskiej jest nieco inna: "Słaba, ale udźwignie. Nie wie, po co ta śrubka i zbuduje most". Do Jej Baby się tęskni, w Jej Babie można się schronić. Gdy ten czterdziestoletni, który jutro ma wygłosić "odczyt o homeostazie w kosmonautyce metagalaktycznej", podkurcza kolana i nakrywa głowę kocem, jest, "ale tylko tyle, ile w brzuchu matki za siedmioma skórami w obronnej ciemności"...

   Baba z wierszy Szymborskiej jest jak każda z nas. "Młoda, jak zwykle młoda, jeszcze młoda". "Nie ma głowy na karku, to ją będzie miała". "Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem, własne pieniądze na podróż daleką i długą, tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej". Ironiczna i krytyczna. O umyśle nieścisłym. O Jej nienapisanym wierszu rozwodzą się recenzenci, bowiem "wyłania się z niego problem jak żyć et cetera" . I choć "przez utwór prześwituje intencja moralna", to nikt nie da jej wiary, bo rozwija ją w niefrasobliwym stylu "mieszaninie wzniosłości z mową pospolitą". No właśnie, jak to Baba.

   Baba jednak przekornie "Szarpie życie za brzeg listka" i wzrusza ramionami: "Niech ludzie nie znający miłości szczęśliwej twierdzą, że nie ma miłości szczęśliwej. Z tą wiarą lżej im będzie i żyć, i umierać".

   I pani M., która też jest babą, mogłaby za Babą powtórzyć: "A mnie tak się złożyło, że jestem przy tobie. I doprawdy nie widzę w tym nic zwyczajnego"...

   Jak pożegnać Babę, gdy wzruszenie ściska gardło? Ale Ona z wrodzonym rozsądkiem spokojne tłumaczy: "Nic darowane, wszystko pożyczone. Tonę w długach po uszy. Będę zmuszona sobą zapłacić za siebie, za życie oddać życie. Tak to już urządzone, że serce do zwrotu i wątroba do zwrotu i każdy palec z osobna"... 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330827511,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Pani M. i heroizm

poniedziałek, 30 stycznia 2012 23:06

   Jak grom z jasnego nieba gruchnęła po Miliczu wieść o zabiciu przez radnych budżetu burmistrza. Choć niejeden spodziewał się takiego obrotu sprawy po krzykliwych tytułach w jedynie słusznej gazecie propagandowej, to jednak, gdy fakt stał się faktem, mieszkańcy popadli w odrętwienie. Smutek i żałość wyglądała z każdego zakątka miasteczka. Ludzie, nawet dotąd sobie obcy, jednoczyli się w bólu i przy byle okazji wpadali sobie w ramiona, szlochając. Żałoba ogarnęła całe miasto, wsie i sięgnęła granic gminy. Flagę na urzędzie miejskim opuszczono do połowy i przyozdobiono kirem. W Biedronce zabrakło chusteczek higienicznych, ręczniki papierowe ludzie kupowali na pniu i, zanosząc się od płaczu, wycierali nimi łzy. Na stronie portalu milicz.pl zamieszczono tytuł obwiedziony czarną ramką, tak, by przypominał nekrolog: „Konsekwencje cięć budżetu na 2012 rok i opinie mieszkańców”. Zanosiło się na katastrofę. Wiało grozą i spazmami.

   Pan M. zachowywał względny spokój, ale pani M. popadała w depresję, z której mogła ją wyciągnąć tylko potężna dawka ptasiego mleczka o smaku śmietankowym. I gdy pan M. patrzył pytającym, pełnym dezaprobaty wzrokiem, wzruszała ramionami.

- No co?  Nic innego mnie już nie cieszy. Odkąd radni zabili budżet, nie widzę sensu... Nawet nasz związek wydaje się jakiś... jałowy... - mówiła z pełnymi ustami. - Mogę ci tylko obiecać, że skoro opozycja zagłosowała według swojego widzimisię, to ja mogę też według mojego widzimisię wcinać to ptasie do upadłego. A co? Może chcesz to przegłosować?

- Nie histeryzuj, wynik naszego głosowania z góry wiadomy, ustawiony po prostu jak mecze piłkarskie, chyba że chcesz mnie czymś przekupić...

   Ale pani M. nie była zainteresowana. Tym bardziej, że równie dobrze pan M. mógłby ją czymś przekupić. Na przykład nowymi butami. Z zapartym tchem obserwowała najdłuższą sesję w dziejach nadawaną w tvpm.pl i choć dowiedziała się, że nawet gdy większość jest „za”, nie znaczy, że ma rację i stoi po właściwej stronie, to nie mogła oprzeć się wrażeniu, że uległa jakiejś wyjątkowo heroicznej manipulacji. Zasłuchana w riposty obrońców budżetu i dawnej pensji burmistrza zastanawiała się, kiedy odwracanie kota ogonem stało się dla nich takie normalne... A może zawsze było?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330804294,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pani M. i cud

poniedziałek, 23 stycznia 2012 19:57

- Co robisz? – zapytał pan M.

- Czekam na cud –  pani M. siedziała z założonymi rękami. - Cokolwiek to znaczy.

- Mało konstruktywne zajęcie, raczej się nie doczekasz.

- Nie wiadomo, cudów ci u nas dostatek. Są przecież cuda-wianki, cuda na kiju, cuda-dziwy, cuda-niewidy… Cudowne niezabicie się prokuratora Przybyła, mimo lufy w ustach…

- A mówi się, że mądrość przychodzi z wiekiem… - westchnął pan M

- Mam sporo czasu, poczekam.

- Na cud czy mądrość?

Pani M. też westchnęła. Pewnie na jedno i drugie. Jakby tak któregoś dnia okazało się, że cudownie, bez katowania się ćwiczeniami i dietami, rezygnacji z ptasiego mleczka i majonezu oraz tych innych rzeczy, które sprawiają, że „nieznośna lekkość bytu” staje się do zniesienia, zgubiła parę kilogramów… Warto poczekać.

Miała, niestety, inklinacje do szczęśliwych zakończeń. Infantylne i pensjonarskie. Nie lubiła tego. A takie choćby otarcie się o coś cudownego, to byłoby coś…

- To, co zdarzyło się na komisji budżetowej można by zaliczyć do kategorii cudów? Radni się w końcu zdecydowali na radykalne cięcia.

- Jaki tam cud! Niesprawiedliwość! Burmistrz będzie zarabiał mniej od swego pełnomocnika… - pan M. pokręcił głową z dezaprobatą. -  Kto to widział?

- Wiele zdarzyło się pierwszy raz. Jakiś przełomowy rok w Miliczu. Może pełnomocnik podzieli się teraz z burmistrzem swoją pensją…

- O, to na pewno byłby cud! Raczej doradzi, co teraz zrobić, by wyszedł na swoje. Aha, byłbym zapomniał, kupiłem ci książkę, zaraz pokażę – pan M. zaczął szperać w torbie. – Będziesz mogła czekać na cud z zajętymi rękoma.

- Och, dziękuję ci, kochanie, to cudowne, że o mnie pomyślałeś! – mówiła, jakby brali udział w programie „Idealna Para” - Mam nadzieję, że coś Camilli Läckberg… - dodała niepotrzebnie.

- Nie, to z Biedronki. „Abc robótek ręcznych” – zadowolony z siebie wyciągnął książkę w jej stronę. – Proszę.

- Nie było okularów w komplecie? – usiłowała żartować, bo nieco ją zatkało. – Do bliży lub dali?

- Była jeszcze książka o tańcu, w komplecie z płytą CD, ale uznałem…

- No właśnie – zaczęła z irytacją - oczami wyobraźni zobaczyłeś mnie w formie babulinki dziergającej szalik, a nie w formie pląsającej tancerki… Wielkie dzięki! Może szkoda, że nie było czegoś o tańcu i różańcu w jednym? Zresztą do tańca potrzebowałabym partnera, a ty nie możesz nim być, bo zajęty jesteś telewizją! Albo pasjansem! – pani M. nie było do śmiechu.

- Masz, babo, placek! Człowiek chce dobrze, a wychodzi jak zwykle! – obraził się. – To cud, że z tobą wytrzymuję! To jest właśnie cud!



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330782836,trackback

komentarze (3) | dodaj komentarz

Pani M. i atrofia empatii

niedziela, 15 stycznia 2012 9:55

- Atrofia empatii! - powiedziała pani M., składając „Głos Milicza”, a pan M. aż zagwizdał z podziwu znad zlewu pełnego brudnych naczyń, które właśnie zaczął myć.

- No, no, ale wymyśliłaś!

- A tam od razu wymyśliłam, przeczytałam gdzieś. Podobno ogarnia cały kraj.

- Że niby zanik współczuwania?

- No, widzę po sobie, nie potrafię wczuć się w sytuację niektórych i zrozumieć, co czują, dlaczego akurat tak się zachowują, a nie inaczej. Wkurza mnie to.

- Fakt. Jakoś ostatnio ci nie wychodzi – zgodził się pan M.

- Co? Ty, oczywiście, myślisz tylko o sobie, ale zobacz, co się dzieje w gminie. Komisja nie może sprawdzić wydatków na gazetę samorządową. Burmistrz nie udostępnia dokumentów. Przewodniczący pisze pisma z prośbą, które pozostają bez odpowiedzi, idzie sam do burmistrza podczas obrad komisji. Czekają dwie godziny i nic. Atrofia empatii. Nikt nikogo nie rozumie. Lekceważy się czas i pracę innych. No i społeczne oczekiwania, bo wszyscy w napięciu czekają na wyjaśnienie sytuacji.

- Zaraz tam wszyscy...

- Dobra, dajmy spokój. Na przykład nie rozumiem też byłej prezydentowej Kwaśniewskiej, która reklamuje jakieś lekarstwo. Przecież to obciach. Może powinniśmy, my, Polacy, utworzyć jakiś fundusz dla byłych pierwszych dam, żeby nie musiała tak dorabiać. To chyba ewenement na skalę światową!

Pan M. pokiwał głową znad zlewu.

- Nie rozumiem księży atakujących WOŚP, wyganiających kwestujących spod kościołów. Na szczęście nie wszyscy tak się zachowywali, ale nie rozumiem dlaczego... To wyraz miłości bliźniego? I jak może paść z ust księdza zgryźliwe „mądry ryży Tusk”...

Pan M. znowu tylko przytaknął.

- Nie rozumiem skandalu wokół spółki PGK, tego, że ktoś ma za nic wyroki sądu w tej sprawie... Nie jestem też w stanie zrozumieć... że dziękuje się mieszkańcowi za zainteresowanie sprawami miasta i... dzielnicy... Jakiej dzielnicy?!

- Zatybrza? - zażartował pan M. - Nie, Zabarycza... czytałem. Jakbyśmy mieszkali w innym miasteczku...

- Albo w innej rzeczywistości. Może burmistrz myśli, że włada miastem podzielonym na dzielnice, „miasto me widzę ogromne”, powtarza sobie co rano... Po prostu nie przyjmuje do wiadomości, że nie ma tu dzielnic!

- Nie nakręcaj się, niczego nie zmienisz.

- To co? Mam siedzieć z założonymi rękami? - rozpędzała się pani M. - Udać się na emigrację wewnętrzną? Udawać, że mnie to nie obchodzi? Jeszcze obchodzi, ale już wkrótce... też doznam atrofii empatii.

- No i może tak byłoby zdrowiej. Przynajmniej dla mnie – mruknął pod nosem pan M.

- No i jeszcze ty! - nabrała rozpędu pani M. - Nie rozumiem, dlaczego zawsze układasz taką piramidę do sufitu na suszarce, jak już zdarzy ci się myć naczynia! Wyciągnięcie z niej czegokolwiek grozi katastrofą! Albo zaczynasz kroić cytrynę od środka!

- A nie mówiłem! - westchnął pan M.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330756402,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pani M. i lans

piątek, 06 stycznia 2012 9:16

Lans właściwie już się u nich zadomowił.

- Ale się dziś wylansowałeś - mówiła z zachwytem pani M., gdy mąż szczególnie starannie ubrał się do pracy, to znaczy wyczyścił buty.

Nabrał też trochę innego znaczenia niż w dawnych czasach, gdy można było tylko i wyłącznie wylansować kogoś. Irenę Santor na przykład. Lans za pomocą kremu nivea odpada i takie tam, które gdzieś przeczytała.

- Słyszałaś o tej zawrotnej sumie na promocję gminy. Burmistrz chce w budżecie przeznaczyć na nią 600 tysięcy. To będzie dopiero lans!

- To dużo czy mało? - pani M. od razu się pogubiła. - W starych czy nowych pieniądzach?

- Kobieto... - zaczął ironicznie - Więc już jest źle, skonstatowała błyskawicznie. - Mogłabyś za to kupić … z 5 najlepszych samochodów! - wypalił zadowolony.

- Jakiego koloru? - zapytała niewinnie.

- Nie no, żartujesz... - zrezygnowanym tonem powiedział pan M.

- Przelicz mi na coś innego. U mnie w domu mama przeliczała zawsze na chleby, a tato na bułki...

- Aha, to dlatego nie masz do dziś pojęcia.

- Przeliczali na to, co człowiekowi niezbędne do życia... Zawsze, gdy swoje oszczędności wydałam na coś głupiego... A ta promocja niezbędna nam do życia? Żeby ktoś bogaty tu przyjechał odpocząć, zamieszkał w Libero, zostawił kasę za noclegi i obiady? Albo żeby przyjechał ktoś biedniejszy, kupił zapiekankę w budce przy dworcu PKS, przespał się w schronisku, pojeździł rowerem po naszych ścieżkach, pochodził na basen na Karłowie i potem odtrąbił światu, jak tu super? Po to mają po Wrocławiu jeździć tramwaje pomalowane na Milicz? Taki lans? A co my będziemy z tego mieli? My, nie właściciele Libero, tylko konkretnie ty i ja? - dociekała pani M. - A nawet bardziej ja, bo mam większe potrzeby, pomyślała.

- Satysfakcję! Liczy się na to, że turystów przyjadą tysiące! Kto żyw na tym zarobi! Wszyscy, którzy mają coś do sprzedania! - pan M. przystopował na chwilę. - Czyli my akurat nie, chyba że narobimy suchych bukietów lub upieczesz ciastka w formie karpia, najlepiej pierniczki, bo długo można je przechowywać...

- Suche bukiety – pani M. popukała się w głowę. - Jak dobrze, że nie prowadzisz działalności gospodarczej! Już dawno musiałbyś ogłosić upadłość. Widzę te tłumy w kolejkach po suche bukiety...

- To tylko przykład pierwszy z brzegu...

- No to powiedz o tym drugim z brzegu...

- Może suche bukiety z ziół typowych dla Doliny Baryczy? Tak jak trawa do żubrówki, którą sprzedaje się w Białowieży...

Pani M. opadły ręce, ale nie dała tego po sobie poznać.

- Zostawmy to na razie... Chyba masz jeszcze coś w zanadrzu... A wracając do tej promocji... Nie przebijemy się za pomocą takich sztampowych metod. Jakieś foldery, przewodniki, reklama na tramwajach... Może powinna być jedna w telewizji... Może na tyle by wystarczyło tej kasy? Ale niezwykła. Np. „Najfajniejsze zadupie na Dolnym Śląsku. Nuda, spokój, cisza, stawy, ptaki. Tylko tu odpoczniesz od wielkiego świata, snobistycznego zadęcia i wysokiej kultury. Urzeknie cię lokalny koloryt ludzi, którzy żyją po swojemu … To magiczne miejsce, gdzie egzaminy gimnazjalne wypadają najgorzej w Polsce..., gdzie wieczorami przechadza się samozwańczy Król Miasta...”

- „A urzędnicy gminy losują wśród siebie zawodnika, który pojedzie po alkoholu do Trzebnicy... Pozostali obstawiają, czy policja go złapie...”- zapalił się pan M. - Racja! I mamy reklamę na całą Polskę za cenę flaszki... jaka oszczędność! Tabloidy, telewizja, radio... Po prostu darmowy lans!

- A ile kamieniczek na Rynku można by za tę kasę pomalować? Chociaż pomalować, o odrestaurowaniu nie ma co marzyć... Tak przypudrować, jak kobiety noski, podlansować je trochę...

- A ty już nie dbasz o lans? - zapytał znienacka przyszły właściciel koncernu „Suchy Bukiet”.

- No, jak to nie dbam! - zapłonęła świętym oburzeniem pani M. - Przecież codziennie się odchudzam!

- Tak, wczoraj wytrwałaś dzielnie do 23! Widziałem, jak wcinałaś kanapkę... Majonez aż z niej kapał...

-No, ale przyznaj, że długo wytrzymałam! - powiedziała z dumą pani M.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330725497,trackback

komentarze (5) | dodaj komentarz

Pani M. i pozory

piątek, 23 grudnia 2011 14:54

   „W tym roku za tę samą przeciętną pensję kupimy o jedenaście karpi mniej” , usłyszała pani M. w radiu. „Całe szczęście”, pomyślała w głupim odruchu, bo akurat wydłubywała ości z kolejnej porcji rzeczonej ryby na wigilijny stół. „Jutro popłyniemy daleko, jeszcze dalej niż te obłoki...”, plątało się jej po głowie. Bez sensu i związku ze Świętami. „Popłyniemy, ale chyba z kasą...”, uzmysłowiła sobie, gdy zobaczyła pana M. z kolejną porcją zakupów w dwóch reklamówkach...

   Pan M. rzucił się, jak nie przymierzając jakiś szalony, w wir sprzątania i naprawiania tego, co odkładał na później. Widocznie właśnie to „później” nadeszło... Dawało to jej swobodę w eksperymentalnym przetwarzaniu przywiezionych produktów i unowocześnianiu tradycyjnych przepisów... ”Sos z miętą? Czemu nie? Nie trzeba będzie zapijać potem miętową herbatą...” Przerywała je tylko na czas poszukiwań doraźnych narzędzi zaginionych w akcji, a niezbędnych panu M., jak się nagle okazywało.

   Z niejaką nawet ulgą przyjęła wieczorną ciemnię w kuchni, bo pan M. postanowił w końcu wymienić jakiś kontakt i ta drobnostka, która miało trwać tylko chwilę, przedłużyła się do godziny okraszonej cichymi przekleństwami męża rzucanymi pod nosem pod adresem starej instalacji. Tę nieoczekiwaną przerwę wykorzystała na zaległą lekturę gazety. I zamarła z wrażenia.

 - Słyszałeś o dwóch zdrajcach wśród radnych? Złamali jakąś fundamentalną zasadę o zachowaniu „nie tylko pozorów, ale wręcz realnej spójności i jedności działań” między burmistrzem a Radą Miejską – mówiła podekscytowana w ciemność kuchni.

- No, dobre! A burmistrz nie mógł tych pozorów zachować? No i doczekał się wniosku o obniżenie pensji... Dwunastu gniewnych ludzi...

- Ale oni, ci dwaj, zdradzili interesy mieszkańców gminy, podobno niektórzy już tak mówią...

- Bo widzą, co się święci? Bo zachowują się przyzwoicie i nie akceptują pomysłów burmistrza, który w biały dzień złamał prawo, a sąd już pięciokrotnie to potwierdził? - pan M. przykręcił ostatnią śrubkę i zapalił światło. - Gotowe! - krzyknął uradowany.

   Pani M. mogła więc podjąć przerwane kulinarne eksperymenty, zastanawiała się nawet nad sushi ze śledzia, ale połączenie tegoż z ryżem mogło być jednak zbyt szokujące dla podniebienia... I kiedy znowu przyplątało się: „Jutro popłyniemy daleko...” nie była specjalnie zdziwiona, bo już wiedziała dlaczego... i że w końcu nie sami... A co do fundamentalnych pozorów... miała mieszane uczucia. Przecież mówi się, że pozory mylą... Ale czy fundamentalne też? Może mylą fundamentalnie??? Tym bardziej, że gdy następnego dnia rano chciała włączyć światło w kuchni... 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330685031,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i dżingle

niedziela, 11 grudnia 2011 17:31

- Słyszałeś kiedyś o legendarnym śniadaniu do łóżka? – zapytała pani M., wynurzając się zaspana ze swojego pokoju.

- Coś słyszałem.

- Chciałabym je dostać, najlepiej jeszcze w tym życiu – powiedziała z pretensją.

- Zaglądałem, co robisz i usłyszałem: „Cicho, cicho, bo śpię!”, więc siedzę tu jak trusia, skradam się na paluszkach… i co? Znowu źle!

- Widocznie kobieta zmienną jest – rzuciła pani M. przez ramię i poszła się umyć, a potem, gdy usiłowała rozsmarować zimne masło na kromce chleba, zaczęła:

- Nie masz czasem wrażenia, że tak naprawdę jesteśmy tu jakby na niby? Że nasze prawdziwe życie toczy się gdzieś indziej?

   Pan M. wzniósł oczy do nieba.

- Niby gdzie?

- Gdzieś za naszymi plecami.

- Aha, czyli jak wystarczająco szybko się obejrzymy, to zobaczymy, jakie jest naprawdę? Coś mi to trąci Alicją w Krainie Czarów. To na pewno tam dostajesz śniadanie do łóżka…

- Naprawdę jesteś dziwny. Raz przyszło mi coś mądrego do głowy, to wyśmiewasz. To Platon albo magia.

- Tak, magia świąt - pan M. pokiwał ze zrozumieniem głową. - Te światełka choinkowe i bożonarodzeniowe gadżety otumaniły cię do reszty. I ten wszechobecny i wszechogarniający „Jingle bells”…

- I kto to mówi? Sam skusiłeś się na pluszowego łosia z Biedronki. Chińskiego! A ja chciałabym takich naprawdę oldskulowych świąt. Choinki ubranej w bombki, cukierki i jabłka. Własnoręcznie zrobionego łańcucha z kolorowych papierów, pozłacanych orzechów i anielskich włosów. Pamiętasz anielskie włosy?

- No pewnie. Były jeszcze takie lodowe sople z cukru…

- No i kolęd śpiewanych, nie wysłuchiwanych z płyty…

- Z tym będzie najtrudniej, bo jak zaśpiewać Preisnera, co to przy nim płaczemy przez ostatnie lata w święta?

- Preisnera możemy puścić – pani M. jakby przygasła. – Właściwie… i tak nie uda się oldskulowo, bo czym oświetlimy drzewko? Prawdziwe świeczki zbyt niebezpieczne…

- Włączyła ci się jakaś tęsknota za dzieciństwem, ot cały problem… Tam było prawdziwe życie, tak?

   Pani M. zamilkła. Wyprawy w wyobraźnię były coraz mniej satysfakcjonujące…  Ale tylko tam były te strzępy wspomnień, urywki chwil, w których wszyscy najbliżsi siedzieli w Wigilię za stołem… Czekanie na pierwszą gwiazdkę miało jakiś sens. W ogóle Czekanie. Chociaż Czekanie zawsze ma sens. Adwentowe odliczanie…  Ale Święta usłane dżinglami…?

- Szyby były wtedy też jakieś inne? Nie chińskie?

- Dlaczego szyby?

- Pamiętam, że mróz malował na nich kwiaty, a my z bratem chuchaliśmy, żeby zrobić kółeczka i zobaczyć bałwana na podwórku i popodglądać ptaki w karmniku. Teraz nie maluje. Bo plastikowe?

- Nie wiem, Alicjo. A słyszysz w głowie dzwoneczki?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330657655,trackback

komentarze (4) | dodaj komentarz

Pani M. i zbiór

piątek, 09 grudnia 2011 19:24

- Akurat jak śnieg nie chrzęści pod nogami, to chciałoby się, żeby chrzęścił – powiedziała pani M., patrząc na jesienną szarugę za oknem.

- Ja tam nie tęsknię – pan M. zasiadł w strategicznym miejscu dowodzenia Wszechświatem z pilotem w dłoni. – Białe szaleństwo to zawsze wojna nerwów od rana, kiedy nie wiadomo, czy samochód odpali…

- I pomknie jak rakieta, rozpylając za sobą srebrny puch… - dokończyła słodko pani M.

- Tak. A drzewa będą cichutko spały pod kołderkami śniegu… - jeszcze słodziej dodał pan M. – Jeszcze masz jakieś pobożne życzenia?

- Cały zbiór. Nie wiem, czy jesteś w stanie na tak długo skupić uwagę… bez telewizora…

- No, dawaj, może skupię. – pan M. ułożył się w pozycji horyzontalnej na kanapie przed telewizorem, żeby daleko później nie szukać.

- Po pierwsze, żeby rada odzyskała twarz, a radni gminni mogli spokojnie pracować, bo słyszałam, że latają gdzieś po mieście z rozwianymi włosami w poszukiwaniu miejsca do spotkania i omówienia bieżącej sytuacji. Po drugie, żeby… na sesjach pojawiał się ktoś namaszczony przez burmistrza do podejmowania decyzji, żeby nie szukano go wśród sprzątaczek czy portierów, skoro on ma ważniejsze sprawy i jest nieobecny, po trzecie, żeby afera z wice już się skończyła.

- To masz jak w banku, skoro telewizja Polsat zrobiła o tym program, to jest nadzieja.

- A propos banku… Może jakiś mały kredyt?

- No masz! A już myślałem, że do końca będą to życzenia pro publico bono… A jednak przedarła się prywata!

   Pani M. wzruszyła ramionami. Z tyłu głowy miała jeszcze nowe buty, ale postanowiła je  pominąć. Na razie.

- No i żeby z tą spółką PGK wszystko dobrze się skończyło, żeby były na wsiach dopłaty do szamb…, żeby był pokój na świecie, żeby dzieci nie głodowały, żeby wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi, żeby ataki terrorystów już się nie zdarzały, a kobiety w Afganistanie przestały chodzić w czadorach – mamrotała jak mantrę pani M. spokojnym i przyjemnym do bólu głosem aż usłyszała równy oddech śpiącego pana M.  

   Teraz mogła spokojnie pomarzyć. O kąpieli w pachnącej pianie…, luksusowych perfumach, truskawkach w szampanie, dźwięku pękających kostek lodu w szklaneczkach, czarnej błyszczącej koronkowej sukni, długich czarnych rękawiczkach, srebrzystej etoli z marabuta, miękkich falach blond loków, długiej lufce z papierosem… Ach i o butach…! I tak tylko troszeczkę skarcić się za egoizm…

- To na czym skończyłaś? – ocknął się nagle pan M.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330652402,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i supozycja

niedziela, 04 grudnia 2011 12:28

   Sobotni poranek. Step łapek pieski i jej niewypowiedziany zachwyt nad zamieszaniem, jakie wywołuje. W stężałej mgle pierwsze promyki słońca.(Przebije się!) Zapach kawy, papieros. Sielanka.

- Co tak śmierdzi petami! – nagły strzał drzwi od pokoju pana M. przywrócił ją do rzeczywistości.

  Niedługo łatwiej będzie przyznać się do tego, że jest się gejem, niż do tego, że się pali, usłyszała gdzieś pani M. i mogłaby się pod tym oburącz podpisać. Żeby być szykanowaną we własnym domu…, pomyślała z goryczą.

   W Japonii w Dzień Dziecka, który przypada 5 V, przed domami wywiesza się papierowe karpie, przypomniało się jej nagle. Chyba w związku ze świętami…

- Gdzie jest orzeł? –  mogłaby zapytać z niewinną premedytacją, bo wiedziała jak wkurzyć współlokatora, zwanego czasami panem M. Mogłaby jeszcze zanucić: ”Lato, lato, lato czeka…” Albo stwierdzić z akcentem na: „LATO-ś obrodziły orzechy…”, co byłoby już przyczynkiem do furii, bo pan M. był egzemplarzem wysoce emocjonalnym z silną zdolnością do zapalania się. Jak ona do palenia. Ale odpuściła.

- Święta za pasem – poszła z dobrą nowiną i gałązką oliwną, bo gdy wypaliła nerwowo drugiego papierosa, poczuła się uspokojona. – Tylko że z tej garstki suszonych grzybów, którą zakupieś za niebotyczną sumę w Biedronce, nie wyjdzie grzybowa na trzy dni… Latoś nie obrodziły – zaśmiała się, bo wyrwało się jej jednak.

- A na ile? – przestraszył się pan M., ponieważ oprócz futbolu był również fanem grzybowej.

- Na Wigilię i święty spokój.

- To chromolę takie święta! - naburmuszył się.

- A radość z wylosowania takiej grupy na Euro, czyli bynajmniej „nie-śmierci”, tylko grupy marzeń nie wystarczy? Na resztę roku, święta i aż do czerwca, kiedy to jak zwykle okaże się, że nadzieje były płonne…

- To niepoważna supozycja! Trzeba mieć nadzieję! Nigdy nie zaczynaj rezygnować, nigdy nie rezygnuj z zaczynania – powiedział sentencjonalnie i pogrążył się w wiadomościach, którymi migotał telewizor.

   Marzyciel, beznadziejnie oddany fan, topiący potem smutki w dużych ilościach różnych wysokoprocentowych napojów... Pani M. już go było szkoda. I tylko na wszelki wypadek, by osłodzić gorycz przyszłych domniemanych ewentualnych porażek naszej drużyny na Euro, dmuchając na zimne i parząc sobie palce na przemian, dodała do swojego równie beznadziejnego listu miłosnego, który pisała do pana M. codziennie, „grzyby”. Gdzieś tak między „chleb, marchewka, przecier”… No i „papierosy”.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330636950,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i dystans

piątek, 02 grudnia 2011 20:45

   To była dość dziwna para. Od niego bił niemiłosiernie męski blask, jej nienachalna uroda wtapiała ją w ogólnie przyjęte tło. Wokół trzepotały wydarzenia, a oni wiedli spokojne, choć naznaczone bezradną tęsknotą życie. 

- To może być prawie o każdym – powiedział pan M., który zaglądał jej przez ramię, gdy pisała.

- Ale nie jest – zaprotestowała pani M.

- Chodzi o ten blask? – zgadywał.

  Pani M. w odpowiedzi milczała znacząco.

- O dystans – odpowiedziała obojętnie.

- A, rozumiem… – powiedział w końcu i zawiesił głos… - Chociaż nie bardzo…

- Skoro rzeczywistość wywołuje literaturę, to literatura wywołuje rzeczywistość. I nie myślę tylko o literaturze faktu, pamiętnikach, reportażach, relacjach. To samo z beletrystyką.

- Dość naciągana teoria

- A przysłowie: ”Nie kracz, nie kracz, bo wykraczesz”? A kanalizacja w Łazach? Konflikt wywołała gazeta, według słów… czekaj, sprawdzę…

- To głupota, zwalać winę na gazetę. Jakiś absurd!

- No, ale wiesz przecież, że „Na początku było słowo”. Jakby nie napisali, to konfliktu by nie było.

- Chyba coś w tym jest.

- Miłosza „Poeta pamięta” można więc zmienić na „Dziennikarz pamięta”, nawet więcej, na „Dziennikarz stworzy”, bo jest niby Demiurg, może powoływać wydarzenia, wydobywać je z niebytu. Wywołać konflikt, wojnę, miłość. Zaczarować rzeczywistość…?

- O! Trzeba im podsunąć! Niechby teraz pojawił się artykuł o miłości władz gminnych i powiatowych, o zadowolonych, choć zwalnianych tuż przed emeryturą pracownikach Urzędu, o nauczycielach dyżurujących z poczuciem misji na zajezdni autobusowej, bo nie ma co liczyć, że urząd pracy da stażystów, którzy to dotąd robili… Będzie dobrze! A tam „będzie”! Jest dobrze! Taka propaganda sukcesu w nowożytnych czasach.

- Zdystansuj się.

- Właśnie próbuję. I też zaczaruję rzeczywistość.

Byli tacy szczęśliwi. Marzenia spełniały się. Pieniędzy przybywało z każdym dniem, a smutki grzecznie stały za progiem…

   Ale słowa jakby przestały być posłuszne, stawały okoniem, wybrzuszały się, koślawiły, a nawet powoli wykruszały i odpadały z kartki i pani M. nie wiedziała, co robić. Jakby straciła panowanie nad tym, co chciała napisać i brzmiało to zupełnie inaczej:

Byli tacy szczęśliwi. Pewnego dnia jednak, licho wie skąd, pojawiło się przeczucie, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda…



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330632561,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Pani M. i zniechęcenie

piątek, 25 listopada 2011 15:21

- No i wtedy… - pani M. umilkła zdezorientowana w samym środku swojej opowieści, bo zauważyła, że nikt jej nie słucha. „No tak, gadała baba do obrazu…”, pomyślała i poszła na poszukiwanie interlokutora, który tak nagle się zmył. Znalazła go zacumowanego jak zwykle przed telewizorem.

- Ciągle mnie zaskakujesz! No jak to tak? Wyjść wpół słowa?

- Nie wpół słowa tylko wpół godziny. Nie mogę tak długo słuchać o… - tłumaczył się pan M.

- A o czym ty rozmawiasz z ludźmi, bo skoro tak przynudzam, to może nauczę się czegoś od ciebie?

- O matrycy genetycznej.

- Co?! – zakrztusiła się z wrażenia pani M.

- Żartowałem, aż takim erudytą to nie jestem, ale znam kogoś…

- No dobra – przerwała - to o czym?

- Ostatnio o problemach radnych gminnych, że nie mają swojego biura, a w nim mebli, urządzeń techniczno-informatycznych, pracownika do obsługi rady „umiejscowionego w swoim pomieszczeniu”, jak napisał Przewodniczący Rady w swoim Stanowisku. O tym, że chyba jak chcą się napić kawy, to muszą prosić urzędniczki w biurach o zagotowanie wody, a przewodniczący musi nosić z sobą dokumentację, co w końcu jest dość uciążliwe i niewygodne… Jakiś Cyrk Monty Pythona!

- No ale to przecież logiczne, skoro nie mają biura, to nie mają też mebli, bo po co by im były? Na korytarz?…” Pracownika umiejscowionego w swoim pomieszczeniu”? Czyli chcą dwa biura, jedno z pracownikiem, a drugie ze stołem, krzesłami i czajnikiem? Żeby znowu rozpanoszyć się w Urzędzie? Pić kawę i spiskować? Albo zabarykadować się w ramach protestu? Wezwać telewizję? Wątpię, czy burmistrz się na to zgodzi… No i… - wróciła do tematu. - Jak długo tak rozmawiasz?

- Do oporu, czyli zmęczenia materiału… - wzruszył ramionami pan M.

- Niektórzy mają szczególne zdolności do zniechęcania innych do siebie… Są mistrzami - westchnęła. – Ale nie jesteś jedyny… Jak to było na początku kadencji? Tych radosnych radnych popierających burmistrza było jakoś sporo, piętnastu? I co się stało po roku? Zostało dwóch.

- W ostatnim numerze gazety Stanowisko za Stanowiskiem, a Przewodniczący Rady w dramatycznym tonie wzywa burmistrza do wprowadzenia w trybie pilnym zmian… Czara goryczy chyba się ostatnio przelała…

- No i zwróć uwagę, ilu mieszkańców przychodzi na spotkania w sprawie dzielnicowych stowarzyszeń… Czworo. I od razu zakładają stowarzyszenie. A wydawałoby się „mission impossible”…

- I „przypadkiem” wszyscy są ze Stowarzyszenia DŚXXI… No, można się zniechęcić…

Mnie zawsze zniechęca kolega z pracy, który z troską pyta: ”Co tak źle wyglądasz? Źle się czujesz?” I to akurat wtedy, gdy spędziłam przed lustrem pół godziny. Odpowiadam mu wtedy…

- O, popatrz – przerwał jej pan M. i pokazał na telewizor. – Generał wychodzi z aresztu. Wpłacił milion złotych kaucji.

- Wpłaciłbyś za mnie taką kasę? Teoretycznie, gdybyś miał?

- Jasne!

- Ale gdybyś miał tylko ten milion? – upewniała się.

- No pewnie!

- Ale dlaczego? – tak tylko retorycznie zapytała, kręcąc na palcu kosmyk włosów.

- Moglibyśmy się resztę życia kłócić o to, że znowu jesteśmy bez kasy…



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330613285,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i kariera

wtorek, 22 listopada 2011 20:36

- Szkoda, że Brad Pitt zapowiedział, że kończy karierę – powiedziała pani M. – I to w tym samym momencie, co odeszła nieodżałowana Hanka Mostowiak… Cały internet się z niej śmiał. Scenarzyści chyba mieli jakąś posuchę w pomysłach, żeby wysłać ją na tamten świat przez kartony…

- U nas niektórzy też kończą kariery. Scenariusz też nie porywa…

- Nie wiadomo, czy kończą – zastanawiała się. – Przecież już rozciąga się parasol ochronny, oświadczając w Oświadczeniu, że istnieje „domniemanie niewinności” lub zapowiada się korzystanie z doświadczeń i wiedzy…

- Tylko tu chyba nie ma co domniemywać, skoro są dowody… Mleko się rozlało. Poza tym, jak korzystać? Społecznie? To znaczy „bezkasowo”?  

- Ale może się okazać jakaś pomroczność jasna, choroba filipińska czy po prostu tusipek, wiesz, ten syrop na kaszel… Słyszało się już o takich wypadkach.

- Nie no, skoro sam podał się do dymisji, to chyba nic z tych rzeczy…

- Ale ten ogromny żal na niesprawiedliwość pobrzmiewa w Oświadczeniu gołym okiem. I smutek, że choć przyjęto dymisję, to z niedowierzaniem… No i w końcu, że to było zajście prywatne, niezwiązane z czynnościami służbowymi…

- Czyli taka delikatna sugestia, że prywatnie mógł i nic nam do tego…

- Zawsze mnie to fascynowało, nanizywanie na sznureczki wyrazów znaczeń, tak, żeby powiedzieć, ale nie za dużo i nieostatecznie… Prywatnie to każdy facet może sobie po domu nawet w sukience chodzić, a nie jechać po publicznej drodze na trzecim gazie.

   Pan M. spojrzał pytająco.

- No, może na drugim, ale z trzema promilami. W urzędzie wyśrubowano wymagania wobec pracowników, ich wykształcenia, pracy, może i moralności, więc teraz rozdzieranie szat jest nie na miejscu.

- Z tą moralnością to przesadziłaś.

- No, może.

- Co na obiad?

- Naleśniki z serem.

- Aha, czyli nie ma obiadu… Wielka Smuta. Jak w Urzędzie Gminy.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330606505,trackback

komentarze (3) | dodaj komentarz

Pani M. i niewola

poniedziałek, 21 listopada 2011 16:19

- Zrób mi kawę! – krzyknęła z pokoju pani M., bo usłyszała, że pan M. szwęda się po kuchni, słychać było jak otwiera lodówkę.

- Oglądam film! – odkrzyknął, choć słyszała dokładnie jak gmerał w lodówce.

- Jaki?

- A jakiś głupi… Sophie Marceau zmieniła się w Monicę Bellucci… a ten mąż w ogóle się nie zdziwił… Nie wiem dlaczego, chyba przysnąłem.

- Taak. Każdy by chciał, żeby mu się żona zmieniła w Monicę Bellucci… Choć słyszałam też wiekopomne słowa, że każda żona się w końcu opatrzy… choćby była najpiękniejsza… To co z tą kawą?

- A co to ja jestem niewolnik Babilonu? Sama sobie zrób!

   Pani M. z niedowierzaniem pokręciła głową… Ot, wdzięczność… za te wszystkie przez lata podawane pod nos zupki…

- No, nie bądź taki, zrób… - zaskomlała – jestem zajęta.

- Ciekawe czym? Oglądasz pewnie jakieś głupoty w internecie.

   Pani M. nie odezwała się. Nie przyzna się przecież, że ogląda strój dnia Kasi Tusk, a potem zaśmiewa się z parodii jej blogu na Make life harder.

- Jest tu tyle ciekawych rzeczy do czytania, słuchania… Między słowami dzieje się wiele interesujących historii… Zdziwił mnie ostatnio „pasaż myśli”, bo jakoś tak się utarło, że handlowy… Kogo obchodzi, że Katarzyna Zielińska nie chce wyjść za mąż? Albo że Edyta Górniak znowu pokazała za dużo… Myślę o tych informacjach z okienka na Wirtualnej Polsce… Tak mi się zgrabnie przeszło…

- No, rzeczywiście. „Pasaż myśli”, czyli co ślina na język… Jak ta internetowa sieczka… - mamrotał z pełnymi ustami pan M.

- A ostatnio jeden facet po prostu mnie skomplementował – „z wrodzoną, ale i nabywaną codziennie skromnością” (cytując Poniedzielskiego) zaczęła pani M.

- Oo…  - usłyszała jak lodówka się zamyka i pan M. wędruje przed telewizor w ogóle niezainteresowany…

   No i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że ma 10 lat… ale do tego pani M. też się nie przyzna. Taki pączek mężczyzny, który już wie, że trzeba coś miłego kobiecie powiedzieć…

- To co z tą kawą?

   Pączkujące płci zawsze ją rozbawiały. Dziewczynki na dyskotece: „Fajnie jest, ale jeszcze nie tańczyłam z żadnym chłopakiem…” I ten nie wiadomo skąd trzepot rzęs…

  Podobno kobiety w pewnym wieku stają się niewidoczne, niewidzialne czy jakoś tak. O, przezroczyste… A ja nawet niesłyszalna, zmartwiła się pani M.

- A jak tam twój film?

- Przyszły we dwie i ten mąż nadal w ogóle się nie zdziwił. Będzie teraz musiał dwóm podawać kawę... A ty masz kogoś na oku? No… czy ktoś szczególnie ci się podoba? Robi wrażenie?

   Ooo, do tego to się pani M. na pewno w ogóle nie przyzna... Chociaż… tak od razu „na oku”? Ma miły uśmiech, władczy wzrok (niektórzy mówią, że wilcze oczy), graseruje… Ma ogromny wpływ na jej życiowe plany, potrafi je w sekundę zmienić… Ostatnio wydłużył jej lata pracy o siedem, a ona nic… przyjęła to bez zająknięcia, no zero sprzeciwu, jak jakaś niewolnica Isaura….

- Może jakby zrobił kawę…



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330602735,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i przesyt

środa, 16 listopada 2011 17:45

- O czym myślisz? – zapytała pani M.

- Zajrzyj na Facebooka, to się przekonasz… - mruknął pan M.

- Matko! – westchnęła. – A co znowu, odezwać się nie można? Podobno w niektórych rodzinach się rozmawia. Buduje to więzi, pozwala zrozumieć drugą osobę…

- Tak? Może gdzieś za granicą? Podobno po angielsku łatwiej wyrazić, co się myśli…

- Po angielsku… - znowu westchnęła. - Pamiętaj, żeby te płyty do nauki angielskiego zapakować mi do trumny, jak… już umrę z nudów z tobą – dokończyła. – A poważnie… Andropauza? Melancholia? Czy tylko gumka od majtek za ciasna?

- Co to znowu za tekst?! – obruszył się pan M.

- To jeszcze są jakieś zakazane teksty? - ironizowała pani M. - Tematy, których nie mogę poruszać? Cenzura? Zobacz, publicznie można tak spokojnie o szambach, a wiadomo, co to przywodzi od razu na myśl, a tu człowiek bąknie o gumce w majtkach i od razu afera? Masz jakieś złe skojarzenia?

- Publicznie mówi się w kontekście dopłat nie do szamb tylko ścieków, że ich nie będzie… Nikt nie odpowiada za skojarzenia, jakie budzą… Jakoś mam wrażenie, że ten twój kolor włosów…

- Co? – zaniepokoiła się pani M.

- No… jakby pogłębia się… Jakby coraz więcej blondu w blondzie…

- I teraz mam się obrazić?

- Przecież to kolejny świetny pomysł włodarzy Krośnic, żeby nie dopłacać do ścieków, tylko za większe dwa razy pieniądze stworzyć portal integrujący naszą i ich gminę… W końcu coś dla ducha, nie tylko dla ciała…   

- O, ludzie na pewno się ucieszą, że ktoś pomyślał o ich duszach…, nie o… - pani M. ugryzła się w język. - Chociaż nie wiem, czy bardziej da się zintegrować coś, co już jest aż tak doskonale zintegrowane… Propagandówka to za mało?

- Widocznie tak...

- No to wkrótce jak się otworzy lodówkę, to wyskoczy z niej… wiadomo kto. I wiadomo w czyim towarzystwie… Ostatnio takie odczucia miałam w stosunku do Marii Czubaszek, którą bardzo lubię. Tego samego dnia była w Trójce, potem w Śniadaniu Mistrzów, potem w Szkle Kontaktowym. Przesyt. Tym bardziej, że niemal codziennie zaglądam na jej bloog. I jeszcze wszędzie reklama jej książki…

- No widzisz, bardzo lubisz i przesyt… A jakbyś nie za bardzo…

- No…

- No…

- No… – mruknęła znowu, bo nagle zreflektowała się, że rozmawiają już zdecydowanie zbyt długo… a z tego też tylko przesyt. Nic dobrego.

- A wracając do tych płyt – ożywił się nagle pan M. – Myślisz, że się zmieszczą, zajmują już dwie półki?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330586561,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i zakręt

środa, 09 listopada 2011 20:42

- No, popatrz, jak to jedzie … – pan M. jak zwykle komentował jadący przed nimi samochód. – Pewnie baba.

- Boże, jaki ty jesteś oczywisty! – żachnęła się pani M. – „Pewnie baba!” – przedrzeźniała go – A może facet? Może jakiś starszy, nobliwy, uroczy facecik, który wybrał się na przejażdżkę i nigdzie się nie spieszy…

- Tak, tylko my zawsze na ostatnią chwilę, bo nie możesz się wybrać na czas.

- Jak to nie mogę?! Ja nie mogę?! A kto do ostatniej kropli krwi musi wysłuchiwać wiadomości?

- A spóźniłaś się kiedyś? – zapytał z cieniem dumy pan M.

- Jak wyglądam? – zmieniła temat.

- No właśnie, jaka ty jesteś oczywista! Zbliżamy się do największego zakrętu, a ty jak zwykle… Już myślałem, że dziś nie zapytasz…

- A co to jakieś święto? Naprawdę, zawsze pytam na zakręcie? - zdziwiła się niewinnie pani M. – Pewnie podświadomie, bo wiem, że spojrzysz niedokładnie i przypadkiem wymsknie ci się jakieś dobre słowo… Dla kobiety na zakręcie…

- Naprawdę na zakręcie to są kobiety z  technikum leśnego… Ale się tam narobiło!  Rewolucja! Za kierownicą nominowana w ostatniej chwili urzędowania starego ministra nowa dyrektorka, poprzednia w spazmach, że nie odda władzy, nawet zamki w drzwiach pozmieniała, żeby nowa nie mogła wejść.  

- Nie myślałam, że będziemy jeszcze świadkami rewolucji… Ten śloch to histeria, przypadek jak z książki.

- I historia, do której właśnie przeszła, bo nawet odwołać się nie ma do kogo, skoro ministrem będzie ktoś inny. Jaki śloch?

- To cytat z wiersza dla sepleniących. Gałczyński. Czyli „Darz bór!” dla nowej dyrektorki! No to jak wyglądm?- zaniepokoiła się pani M. - Bo nie powiedziałeś…



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330564125,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pani M. i raj

poniedziałek, 31 października 2011 5:55

- Remis! – krzyknął pan M. podczas jakiegoś meczu.

- Dla kogo? – zapytała mało przytomnie pani M.

- No remis, kobieto, remis! – wzniósł oczy do nieba i mową ciała zademonstrował, co myśli o jej ignoranctwie.

   Ciekawe, dlaczego w ogóle mnie to nie rusza…

- Słyszałeś, że odkryto cząstki elementarne? Są szybsze od neutronów, więc całą fizykę można schować do lamusa, łącznie z teorią względności, prędkością światła i innymi szykanami.

- Czym? – zapytał pan M., który dziwnie dygał przed telewizorem lub wstawał, zastygał i łapał się za głowę, że o odgłosach, jakie z siebie wydawał, nie ma co wspominać…

- Szykanami. Tak się mówi na mieście.

- Na jakim znowu mieście? W Miliczu? Daj pooglądać mecz, co?

  No i nie ma czasu... Czasoprzestrzeń zawsze była zakrzywiona, a teraz w ogóle… no nie wiem, nie ma jej?

- A przyciąganie ziemskie zostało? – wyrwało się jej niechcąco.

- Chyba tak - powiedział jakby odganiał się od muchy.

   No tak, bo od czego te zmarszczki by były… Skoro nie ma czasu, człowiek się nie starzeje.

- A geny?

- Przeszkadzasz mi. Robisz to specjalnie? – pan M. spiorunował ją wzrokiem.

- Jak zostały i krążą we mnie tam te drobiny tych wszystkich kobiet, moich praprapra…, to na pewno – usprawiedliwiła się. – To niezależne ode mnie…

   Zrozumienie fascynacji meczami leżało poza zasięgiem pani M. Dorośli faceci uganiający się w śmiesznych galotach za kawałkiem skóry… wyzwalający takie emocje tłumów, wymieniający się spoconymi koszulkami, doprowadzający do walk plemiennych… to ją przerastało.

- Też pewnie macie to w genach.

- Co? – pan M. na pewno jej nie słuchał.

- Zjesz kawałek jabłecznika? – zapytała podstępnie.

- Nie teraz!

   Iii, jaki tam z niego Adam…



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330527081,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i smęty

środa, 26 października 2011 21:25

   Nadszedł niespodziewanie i niepostrzeżenie rozpanoszył się na dobre. Pani M. nie wiedziała, co z nim zrobić. Osnuł cały dom, ogród i drogę niczym pajęczyna.

- Spójrz na te wierzby… no płaczą …

- Przecież płaczące, to niby co mają robić – usiłował rozładować nastrój pan M.

   Ale pani M. widziała, że jakoś bardziej przy ziemi mają gałęzie i w większy niepokój wprawia je nawet najmniejszy podmuch wiatru.

- To jesień – tłumaczył niezrażony jej sceptycyzmem – nie ma na to rady…

- Tylko nie zaczynaj o Radzie, tam też smutek.

- E tam, moim zdaniem bardziej kabaretowo się zrobiło po propozycji, by radni obniżyli swoje diety o jakiś tam procent i przeznaczyli go na podwyżki dla sołtysów…

- Wszędzie ta tęsknota, nie widzisz tego?

- Chyba za rozumem…

- Za tym, by coraz więcej zrobić dla społeczeństwa…

- Taak, takie licytowanie się, kto da więcej… emocjonalny szantaż… Niesmaczny żart… po tym, ile wydaje się hojną ręką na gazetę, która generuje straty, pensje dziwnych urzędników, doradców…

- Nie mów, bo jeszcze mi smutniej…, zobacz, na dodatek pada…

- Przestań gapić się w to okno! Tracę cierpliwość!

- Nie widzisz, że Milicz to jakaś oaza smutku? Podobno przed wojną ze względu na depresjogenne położenie, wilgoć przenikającą do szpiku kości, mgły znad stawów, które powodowały reumatyzm i inne przypadłości rozdzierające serca… co jakiś czas „wymieniano” mieszkańców…

- To jakieś bzdury… Chociaż … można by wymienić teraz niektórych…

- Wymienić ci jakieś bzdury? - zapytała pani M., bo zagapiła się w okno spływające kroplami deszczu i nieuważnie słuchała.

- No dobra, dawaj – poddał się pan M.

- Podobno kobietom nie bije… - zaczęła.

- Dzwon?

- Zegar!

- Nie bardzo rozumiem. Biologiczny? - pan M. spojrzał na nią z niedowierzaniem. -Powiedz… Czy mogłabyś robić to z większą radością? Normalnie?

- Co?!

- Starzeć się! Przyjąć na klatę kolejną jesień…, deszcze, niedobór światła, tęsknotę, dłuższe spódniczki, mgły, nostalgię i te wszystkie smęty?  

   Pytanie zawisło w powietrzu.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330511340,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i DEN

piątek, 14 października 2011 16:07

   Podobno, gdy była mała, sadzała w rzędach swoje lalki i miśki i bawiła się w szkołę. Nieraz zdarza się jej uspokajać klasę: „Siedzielibyście grzecznie jak lale i misie!” Zdarza się też kląć w duchu, mówić z rozczuleniem „moje dzieci”, puchnąć z dumy, gdy osiągają sukcesy „MOI uczniowie, MOI…” Podobno każdy nauczyciel tak ma. I gdy od rana premier składa życzenia, miło, naprawdę, miły dzień…

   Pamięta swoich nauczycieli. Polonistkę, którą otaczało coś takiego, że… pozazdrościć, profesora od kółka teatralnego, który zmusił ją do występów i na siłę, prawie za rękę zaprowadził na wykłady z historii sztuki odbywające się w muzeum, gdzie została zafascynowana… Profesora Woronczaka, któremu wypadały z napchanych książkami kieszeni płaszcza jakieś ich egzemplarze, gdy jak burza wpadał lekko spóźniony do sali Nehringa… Sporo ich było. Nauczyciele, bez których nie byłaby taka, jak jest… Jakkolwiek to brzmi…

- A mnie nie chcieli – przypomniał sobie pan M. - Gdy od razu po studiach, poszedłem do pracy, przeżyłem szok. Nauczyciele odwracali się ode mnie, milkły rozmowy, gdy wchodziłem do pokoju nauczycielskiego… Wytrzymałem trzy dni. Potem okazało się, że w taki sposób protestowali przeciwko zwolnieniu profesorowej Hernasowej z powodów politycznych, a skoro mnie zatrudniono na jej miejsce… ostracyzm. Piękni ludzie…, chociaż bolało…

- Mnie zdarzyła się bajka.

- Tylko nie czaruj, proszę.

- Pisałam pracę magisterską. Siedziałam miesiącami w Ossolineum, przeglądając zakurzone roczniki „Tygodnika Powszechnego” od 1945 roku… „Przeglądając” to za mało powiedziane, wczytywałam się, chłonęłam wszystko, co mogło mieć związek z tematem. Poznawałam tak tych ludzi z redakcji, sięgałam potem do innych rzeczy, które pisali. Jerzy Turowicz…, no wiesz, naczelny, stał się oczywiście i naturalnie moim…

- Idolem, guru? Mentorem…?

- Nauczycielem, przewodnikiem… kimś szczególnym – dokończyła. – No i kiedyś zimą idę sobie wieczorem przez zupełnie pusty i ciemny już Ostrów Tumski, dochodzę do Katedry, jej drzwi się uchylają, ktoś z niej wychodzi… No, on! Myślałam, że śnię…. Wokół nikogo, tylko płatki śniegu… A on idzie naprzeciwko mnie, prosto na mnie…

- No i co? – niecierpliwił się pan M. – Skoczyłaś mu na szyję?

- Jak głupia jakaś dygnęłam…, uśmiechnęłam się i… czasem jeszcze zastanawiam się, co mogłam mu powiedzieć…

- Wymyśliłaś to? Przyznaj się.

- Taki prezent od losu, no jak bajka, a ja zmarnowałam… Turowicz nigdy nie dowiedział się, jaką miał wielbicielkę… Bo to naprawdę był on, przez chwilę jeszcze myślałam, że może to tylko ktoś podobny…. Potem okazało się, że miał tego dnia jakąś prelekcję czy wykład w Katedrze właśnie… Specjalnie przyjechał z Krakowa… Takie spotkanie… gdybym wtedy miała jaja…

- A teraz masz? Gdzie? – zachichotał pan M., a ona wzniosła oczy do nieba – To znaczy, chciałem zapytać - spoważniał - kto jest teraz twoim nauczycielem?

- No ty! – gładko skłamała, bo akurat przeniosła się do tej przepięknej chwili codziennej pobudki, którą urządza jej pokraczny malutki piesek, pieska właściwie, choć forma nieco dziwna, ale zgodna z trendami językowymi do ekspansji żeńskich końcówek… Ucieleśniona radość życia wyrażona w harcach, stepach, podskokach i obrotach wokół siebie… Poranna dawka szczęścia i szczenięcej energii… Jej nauczycielka?

- Chciałabym uczyć radości życia… – zaczęła, ale pan M. przerwał:

- Niektórzy nazywają nauczycieli świętymi krowami…

- A co? – zdziwiła się niewinnie jak blondynka z kawałów - To nie brzmi dumnie?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330462403,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pani M. i absurd

czwartek, 13 października 2011 20:52

- O, zupa z morskiej wody? Skąd wzięłaś? – dziwił się i wykrzywiał nad garnkiem pan M. - Będziemy ją jeść na śniadania, zamiast picia kawy. Równie mocno podniesie ciśnienie…

   Pani M. spróbowała i wypluła ją. Faktycznie, słona. Niepotrzebnie bawiła się w wieczór wyborczy w Nigellę i popijała wino w trakcie gotowania… Przypomniała sobie twarz kobiety z plakatu „Bo zupa była za słona” i w duchu podziękowała za poczucie humoru męża. Związane pewnie z wygranymi wyborami…

- Chodzi za mną majonez...

- To przez jego absurdalny brak w naszym życiu! – westchnął pan M.

- Nie stosujemy żadnej diety, tylko ograniczamy spożycie niektórych produktów… Pamiętasz? - tłumaczyła pani M. – Ale czasem chodzi za człowiekiem…

   W strefie „absurdalnych braków” było jeszcze kilka rzeczy. I ludzi. Niegdysiejszych przyjaciół, znajomych, kolegów. W pamięci strzępy rozmów, zwierzeń, szeptów, westchnień…

- Wiesz, jaka jest najlepsza dieta? – zapytał pan M.

- Jaka?

- Poselska! – zaśmiał się - Takie powyborcze refleksje…

  Ale najbardziej absurdalny brak, brak ostateczny i nieodwracalny… Pod powiekami zatrzymane kadry, które przywołane pęczniały od łez… Dowcipy, na które zawsze się nabierała: ”Raz jeszcze chciałbym pojechać do Paryża… - To ty byłeś w Paryżu, tato? – Nie, ale już raz chciałem…” Wspólne gotowanie…

- Wiesz, ile produktów teraz nam odpadnie? Też na pewno będą za tobą chodzić…

- Jakich?

- Po zapowiedzi Kaczyńskiego, że jeszcze kiedyś w Warszawie będzie Budapeszt, to wiesz… Precz z węgierkami! Z plackiem po węgiersku! Z zupą gulaszową! Z salami! Skreślamy z jadłospisu! – żartował pan M.

 – Może jednak nie trzeba skreślać tak od razu wszystkiego, co węgierskie… na przykład tokaju i egri bikaweru…

- Możesz negocjować… - łaskawie zgodził się pan M. - Jest jeszcze jeden problem… Po porażce zwolennicy PiS z „Gazety Polskiej” chcą stworzyć drugi obieg, niezależne społeczeństwo obywatelskie z własnymi instytucjami kultury, silnymi mediami i organizacjami, coś jak państwo podziemne…

- Jeszcze jeden absurd…

- U nas też chyba wkrótce powstanie tajny, podziemny ruch… przez absurdalny brak dopłat do szamb na wsiach. Na podwórka przyjeżdżała będzie zakamuflowana szambiarka, przebrana na przykład za wóz strażacki i jechała potem wybraną zawartość wylać, gdzie popadnie… Urosną na tym przedziwne rośliny, monstrualne grzyby, jagody… GMO to będzie przy tym mały Pikuś …

- A w urzędzie będzie można zrezygnować z promocji gminy, bo stacje telewizyjne z całego świata na bieżąco relacjonować będą proces dojrzewania tych dziwadeł, a może i proces ich symbiozy z mieszkańcami…, więc i tak będziemy sławni.

   Pani M. w duchu ucieszyła się. O ile mniej warzyw trzeba będzie kupować! Taka olbrzymia marchewka wystarczy na pewno na miesiąc! A może i sama Nigella tu przyjedzie i zrobi jakiś pokaz gotowania… na przykład zasmażania grzyba, który ledwo zmieścił się w kuchni…



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330458563,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pani M. i utopia

sobota, 08 października 2011 9:28

    Kiedyś… kiedyś w końcu dokończy te porozpoczynane przed laty robótki, porzucone tuż przed końcem swetry, którym brakuje tylko kawałka zszytego rękawa do całości, spódniczki, którym trzeba tylko wszyć zamek i gotowe… wykorzysta zbierane z gazet i od znajomych przepisy na ciasta, ułoży rzeczy w szafie tak, żeby wiedzieć, gdzie co jest… wyrzuci pokaźny zbiór guzików, zbieranych na wszelki wypadek, zwłaszcza te nikomu niepotrzebne dziwne podwójne do poszewek, bo takich pościeli już chyba się nie produkuje. Kiedyś… Usiądzie wtedy zadowolona i … No właśnie… i co dalej?

- Obserwowałam na jakiejś imprezie parę. Facet upijał się w trupa. Ona prosiła, żeby już nie pił – opowiadała pani M. sąsiadka. – Potem już tylko patrzyła błagalnym wzrokiem, ale on dalej... W końcu po prostu osunął się z krzesła i zasnął na podłodze. W lokalu! Zero wstydu! A ona cała pąsowa musiała go zbierać, ciągnąć, zakładać sobie na plecy, żeby wyjść. Żenujące widowisko. Pewnie chciała chyłkiem, żeby nikt nie widział…

- No, typowe! Jak „puch marny” ciągnie pijaka na plecach, można się ubawić. A mogłoby być tak, że przestałby, wyszliby z godnością, dopiłby się do tego trupa w domu… nie byłoby obciachu, uśmiechów politowania… Byłoby tak pięknie…

- Moja znajoma ciągle się odchudza. Czasem nawet posuwa się do głodówek. Pije wtedy tylko mineralną. Wieczorem, gdy już słania się z głodu, pożera czekoladę „na raz”. Kompulsywnie! A mogłaby małymi kroczkami zrzucać tę wagę, ale wiadomo… utopia.

- Gdyby tak spojrzeć na pomysły naszych włodarzy… - zamyśliła się pani M. – Zobacz… Obudzilibyśmy się w jakiejś dzielnicy Milicza, dzielnicowy, a na wsiach sołtys, zadbałby o to, by ktoś odśnieżył nam chodnik albo posadził kwiaty na klombie przed domem, potem poszlibyśmy z oczipowanym psem na spacer, kupilibyśmy, jak co dzień, „Dziennik Milicki” i ucieszyli z sukcesów naszej gminy na niwie… W domu w internetowej sondzie zagłosowalibyśmy, kogo jeszcze zwolnić z urzędu gminy, i ucięlibyśmy sobie na gadu-gadu sympatyczną pogawędkę z pełnomocnikiem… Dziecko poszłoby do szkoły, choć sobota, bo nauczyciele pracowaliby 24 na dobę, bo takie są ponoć społeczne oczekiwania…, więc moglibyśmy oddać się ulubionym zajęciom…

- Nie, z tą szkołą to chyba cię poniosło! – zaprotestowała słabo sąsiadka.

- Skoro już teraz burmistrz nie wyraził zgody, by mieli wolne w dni, które im się ustawowo należą… Nie mają jak pojechać na groby, bo 31 października organizuje się im radę, a w te pozostałe, które mogłyby być wolne, zajęcia opiekuńcze, to kto wie, do czego doszłoby w tym idealnym świecie… Przecież przedszkola też mogłyby mieć całodobowe dyżury na wypadek nieprzewidzianej imprezy rodziców. To logiczne, wiadomo, że niektórym dzieci bardzo utrudniają życie…

- Ale to chyba nie burmistrz organizuje im tę radę? – zapytała sąsiadka.

- No nie, ale skoro muszą już być w pracy… to może przy okazji coś uradzą albo się doszkolą? Chyba trzeba się cieszyć, że nasze życie takie niedoskonałe, człowiek ciągle pokraczny i wymagający korekty… Poeci mają o czym pisać wiersze, a księża grzmieć z ambony… No i że ciągle są wśród nas Ci Którzy Nic Nie Mogą…

- A teraz zajrzyjmy, co robią nasi niedoskonali mężowie – zaproponowała sąsiadka.

   I odetchnęły z ulgą… Panowie jak zwykle rechotali, kończąc flaszkę… W utopijnym idealnym nudnym świecie pewnie naprawialiby razem zepsuty kran albo rozmawiali o kryzysie moralności…



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330438257,trackback

komentarze (17) | dodaj komentarz

 1234  »

czwartek, 17 maja 2012

Licznik odwiedzin:  16 631 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

felietony pani M.

Statystyki

Odwiedziny: 16631
(wersja testowa)
Wpisy
  • liczba: 111

Lubię to